Przejdź do treści

Janusz Rokicki z edukacyjną wizytą za kratami

Zdjęcie: srebrny medal trzymany w ręku

Autor: Martyna Sergiel

Przeżył osobistą tragedię, ale nie poddał się i podniósł z tych wymagających okoliczności.

Teraz chce edukować innych i pokazywać, że nawet po tak trudnych przeżyciach można dalej trwać i mieć satysfakcję z działania dla siebie i na rzecz innych.

Pod koniec lutego Janusz Rokicki odbył spotkanie mentoringowe w Areszcie Śledczym w Warszawie-Służewcu. To jeden z efektów współpracy Polskiego Komitetu Paralimpijskiego z marką ORLEN.

– Opowiadałem w więzieniu o tym, jak trafiłem do sportu, ale też o moich przygodach życiowych, jak to się potoczyło, że zostałem osobą niepełnosprawną po tym, jak w przeszłości mnie napadnięto – mówi Janusz Rokicki.

Janusz to trzykrotny wicemistrz paralimpijski w pchnięciu kulą – z zawodów w Atenach, Londynie i Rio de Janeiro. Jakiś czas temu skończył karierę sportową, obecnie trenuje reprezentantów Polski w Integracyjnym Klubie Sportowym Cieszyn.

Później to wszystko w moim życiu poszło w dobrą stronę, zacząłem trenować, startować, zdobywać medale, a teraz sam trenuję inne osoby niepełnosprawne – podkreśla. – Ale może dzięki tej mojej opowieści dotrze do tych, którzy słuchali, że czasami to, co im do głowy strzeli, niekoniecznie jest dobre dla innych ludzi.

To były wakacje 1992 roku. Janusz jako 18-latek pracował na budowie. Gdy dostał wypłatę, w drodze do domu wszedł na chwilę do baru. Ktoś tam musiał dostrzec większą gotówkę u młodego chłopaka. Napadnięto go koło linii kolejowej, okradziono i położono na torach. Był nieprzytomny. Nadjeżdżający pociąg pozbawił go obu nóg.

Do przyjazdu tego pociągu minęły ze cztery godziny, na tak długo utraciłem przytomność. Może ten ktoś, kto dał mi z tyłu po głowie, myślał, że za chwilę wstanę i pójdę do domu? – zastanawia się Janusz Rokicki. – Chwila głupoty, braku myślenia może komuś zepsuć resztę życia – mówi Janusz na łamach portalu www.paralympic.org.pl.

Od razu dodaje, że akurat on po wypadku wykorzystał życie najpełniej, jak to było możliwe. Wycisnął i wciąż wyciska z niego sto procent. Chwilami zastanawia się nawet, czy osiągnąłby tyle jako osoba pełnosprawna. Lepiej jednak nie dawać komuś pretekstu do takich rozterek.

Biorący udział w spotkaniu więźniowie byli bardzo ciekawi jego historii, a przede wszystkim jej dalszego ciągu.

Pytali o to, jak było w wiosce olimpijskiej, jakie były reakcje kibiców na stadionach, pytali też o treningi siłowe, a było kilku takich, po którzy widać, że ćwiczyli ze sztangą. Mówiłem więc, jakie miałem „życiówki” – uśmiecha się Janusz Rokicki cytowany na łamach www.paralympic.org.pl.

W końcu wyciskanie 230 kilogramów na klatkę zrobi wrażenie na każdym, także na ok. 20 osadzonych, którzy byli na tym spotkaniu. Pytali też jednak o życie prywatne, rodzinę.

Opowiadałem, że mam rodzinę, dwóch synów – tłumaczy. – Miałem trzech, ale niestety ponad dwa lata temu jeden z nich zmarł przez nadużywanie narkotyków. Zawsze, gdy idę na takie eventy, np. do szkoły, to mówię o takim złym wzorcu, bo większości młodzieży wydaje się, że jest nieśmiertelna. Tak się też właśnie wydawało mojemu synowi, Bartoszowi. Niestety, miał 21 lat, gdy przedawkował. Z kolegami coś tam też sprzedawali. Mówiło mu się, tłumaczyło, ale on na to, że wszystko jest pod kontrolą. A to jest jak zabawa z zapałkami, można się poparzyć. Nie krępuję się o tym mówić, bo może to kogoś uratuje. Niech to będzie chociaż jedna osoba – podsumowuje sportowiec cytowany na łamach www.paralympic.org.pl.

Janusz jeździ ze swoją historią do szkół. Również areszt nie jest dla niego nowością, był już na takich spotkaniach w więzieniu i w ośrodku dla młodzieży z problemami wychowawczymi. To są często miejsca, w których reakcje są bardzo pozytywne.

W areszcie w Warszawie też słuchali, potem zadawali pytania – opowiada. – Fajnie to wyszło, na pewno nie było tak, że ktoś przysypiał.

Zebrani mieli możliwość obejrzeć medale igrzysk paralimpijskich.

Jeden strażnik zażartował pytając, czy nie boję się ich przynosić – zaznacza Janusz. – Odpowiedziałem, że przecież jestem w najbezpieczniejszym miejscu w naszym kraju.

W trakcie rozmowy okazało się nawet, że niektórzy oglądali igrzyska paralimpijskie, a jeden z osadzonych znał Janusza z widzenia, bo uczęszczał do szkoły tam, gdzie odbywały się treningi, chodził też na tę samą siłownię.

Gdyby to spotkanie nie odbywało się za kratami, to w życiu by człowiek nie powiedział, że to są ludzie, którzy coś w życiu przeskrobali – komentuje Janusz Rokicki cytowany na łamach portalu www.paralympic.org.pl.

Ale chciałbym, żeby usłyszeli, że nigdy nie jest za późno, by coś w swoim życiu zmienić. Dopóki człowiek żyje, ma szansę na zmianę swoich życiowych planów i decyzji – podsumowuje.

Nic dodać, nic ująć. Takie wydarzenia niewątpliwie są potrzebne, bo tylko dzięki edukacji i szerzeniu dobrych wzorców zachowań i to jeszcze opartych na bazie własnych doświadczeń, istnieje szansa, by trafić do innych ludzi, którzy mają swoje życie w swoich rękach.

Opracowano na podstawie: https://paralympic.org.pl/moze-to-kogos-uratuje-spotkanie-mentoringowe-w-areszcie-sledczym/.

Dodaj komentarz