Wojenne wspomnienia

Plakat Polski Wrzesień 1939

W tym roku mija 80-ta rocznica wybuchu II wojny światowej. Specjalnie dla naszych Czytelników wspomnienia mojego dziadka z września 1939 roku.

Choć Kazik śpiewał, że wojnę wygrali Polacy, to w kontekście II wojny światowej pamiętać trzeba o kilku prawdach: dla Polski II wojna światowa nie zakończyła się 8 maja 1945 roku, a 4 czerwca 1989 roku. Mimo, że formalnie byliśmy w obozie zwycięzców, to faktycznie była to jedna z największych klęsk w historii Narodu Polskiego. Porównywalna chyba tylko z potopem szwedzkich, choć nawet wtedy Rzeczpospolita nie straciła połowy swojego terytorium. W sensie historycznym mimo upływu czasu jesteśmy ciągle w trakcie przepracowywania traumy i odrabiania strat, jakie spowodowała ta wojna. Nie zdajemy sobie też sprawy ze szczęścia, jakiego doświadczamy, – aby znaleźć w historii ziem polskich podobny okres pokoju trzeba cofnąć się przed rok 1648.

Wspomnienia rodzinne z pierwszych dni września 1939 roku

Mój rodzinny dom znajduje się w gminie Klonowa na Ziemi Sieradzkiej. Rodzina na tym terenie mieszka, co najmniej od końca XVIII w. Obecne gospodarstwo rolne pradziadek Tomasz dostał dzięki tzw. parcelacji pustek, czyli pierwszej reformie rolnej przeprowadzonej w 1920 r. Był to kawał pola porośnięty. krzakami bez jakichkolwiek budynków czy ziemie ornej. Dzięki ciężkiej pracy i zainwestowaniu pieniędzy, jakie pradziadek zarobił na pracach sezonowych w Niemczech w ciągu XX lat II Rzeczypospolitej udało się stworzyć niezłe, jak na tamte czasy gospodarstwo rolne. Ponad 6 ha ziemi to w tych okolicach i w tamtym czasie było całkiem sporo. Dziadek miał parę koni, a nawet parobka, choć bieda była straszna i mięso na stole gościło od wielkiego święta.

Klonowa leży w zachodniej części byłego województwa sieradzkiego. W II Rzeczypospolitej, była to prawie miejscowość nadgraniczna – do granicy w linii prostej było najwyżej kilkanaście kilometrów. Wojnę czuło się już od dawna. Choć ludzie wierzyli w siłę państwa polskiego i sojuszników, wszędzie trwały gorączkowe przygotowania. Także u nas w pośpiechu młócono cepami zboże i ukrywano ziarno zakopując je w beczkach poza zabudowaniami, pieczono na zapas chleb, bito świnie, konserwowano i ukrywano mięso, aby zabezpieczyć byt rodziny, choć na jakiś czas. Wieczorami chłopi zbierali się przed jedynym radioodbiornikiem we wsi, który właściciel wystawiał na parapet okna, aby i inni mogli posłuchać wiadomości.

Dziadek Jan (ur. 1906) służbę wojskową odbywał w Wołkowysku na kresach, prawdopodobnie w 3 Pułku Strzelców Konnych. Ze względu na to, że był kontuzjowany i dzięki staraniom pradziadka został wyreklamowany z wojska, nie odbył służby do końca. W związku z tym w 1939 roku nie dostał jak inni karty powołania.

W momencie wybuchu wojny pojawiło się wezwanie, aby mężczyźni zdolni do noszenia broni, którzy nie dostali powołania do wojska cofali się za Wartę, na której opierała się główna pozycja obronna wojsk polskich w tym rejonie. Dzięki temu miały powstać rezerwy gotowe do uzupełniania strat w walczących jednostkach. Dziadek tak, jak inni mężczyźni ze wsi wyruszył na to wezwanie.

Nie bardzo wiadomo, jakie były losy Jana w trakcie Wojny Obronnej 1939 roku. Znalazł się pod Warszawą. W każdym razie nim wrócił do domu, w listopadzie rodzina zdarzyła go już opłakać, bo do jego powrotu wszyscy jego koledzy albo wrócili albo przyszła wiadomość o ich śmierci. Jak sam wspominał, że Niemcy trzy razy mieli zamiar go rozstrzelać i za każdym razem udawało mu się ujść śmierci. Dziadek miał nawet medal Za udział w wojnie obronnej 1939…. niestety dał mi go za wcześnie i go zgubiłem.

W ten sposób na gospodarstwie pozostał pradziadek Tomasz (ur. 1867) Z chwilą wybuchu wojny ludzie w coraz większej liczbie zaczęli ciągnąc na wschód. Panowało przekonacie (jak się okazało nie bez racji), że pierwsza fala Niemców ma rozkaz mordować i palić i dlatego trzeba uciekać. Wszyscy wierzyli, że na Warcie polskie wojsko zatrzyma nieprzyjaciela. Kilka kilometrów na zachód rozgorzały walki. W sąsiedniej wsi zaczęły płonąc pojedyncze budynki Mojemu ojcu Marianowi (ur. 1933) wbił się w pamięć pewien tragiczny obraz. Rankiem, w niedzielę września, drogą obok naszego domu uciekało polskie wojsko – działon z armatą przeciwpancerną. W zaprzęgu powinny być trzy konie, ale jechali już tylko dwoma, bo trzeci był postrzelony w tylna nogę i biegł obok luzem. Babcia Stanisława widząc żołnierzy wyniosła im garnek zsiadłego mleka do napicia się. Żołnierze byli bardzo zdziwieni, że w gospodarstwie ktoś jeszcze jest. Kazali wszystkim jak najszybciej uciekać, bo Niemcy idą i mordują cywili. Pradziadek miał już spakowany wóz do ucieczki, więc zapakował rodzinę na wóz i pojechali zaraz za wojskiem.

Nie odjechali jednak daleko – zaszyli się w lesie na uboczu, gdzie spotkała się spora grupa okolicznych rolników z inwentarzem. Moja rodzina spędziła tam trzy dni, wśród ogólnej rozpaczy, płaczu i ryku bydła. Niemcy dobrze wiedzieli, że tam schronili się cywile, bo co jakiś czas, widocznie dla zabawy, ostrzeliwali ten teren z karabinów maszynowych.

Nim rodzinę wróciła do gospodarstwa prababcia Marianna wraz z sąsiadem przyszła zobaczyć, czy już jest spokojnie. Jak wspominała w gospodarstwie natknęła się na żołnierzy w niemieckich mundurach mówiących po polsku. Twierdziła, że byli to Słowacy (jest to mało prawdopodobne, co prawda Słowacja zaatakowała wtedy Polskę, ale jej wojska znajdowały się znacznie bardziej na południowym wschodzie.) Pozwolili jej zabrać chleb i kożuch, który narzucili jej na ramiona. Kazali jej uciekać, – „bo tu jeszcze będą strzelać”. Sąsiad obserwował tą scenę z daleka z lasu Przyniósł wiadomość, że Niemcy złapali babkę i szarpią i na pewno ją rozstrzelają.

Po powrocie okazało się mieliśmy wielkie szczęście Niemcy zastrzelili psa, połamali drzwi wejściowe i splądrowali dom, ale wszystkie budynki stały niespalone, co było ewenementem a do tego, jak się później okazało, nikt z najbliższej rodziny nie zginął.

Nasz drugi sąsiad, mimo namów, nie chciał uciekać razem z pradziadkiem. Twierdził, że służył w niemieckiej armii, zna język niemiecki, dogada się z wojskiem i nic mu nie zrobią. Efekt był taki, że hitlerowcy rozstrzelali go pod gruszą, a wszystkie budynki zostały spalone do fundamentów. W naszej najbliższej okolicy znaleziono jeszcze jednego zamordowanego cywila. Mój Ojciec Marian wraz z pradziadkiem Tomaszem, który jako jeden z niewielu dysponował wozem i końmi, brał udział w prowizorycznych pogrzebach tych osób i dobrze pamięta rozpacz rodzin. Wspominał poruszającą scenę, gdy ktoś ze znajomych z marynarki zabitego wyjął zakrwawiony zegarek, owinął go w chusteczkę i dał synowi ofiary.

Spalonych zostało także kilka sąsiednich domów. Niemcy nocowali w nich. Spali na słomie, a po skończonym noclegu podpalili domy. Sąsiednia wieś Leliwa została w dużej części spalona. Kilka budynków zapaliło się na skutek ostrzału, a resztę wermacht spalił z premedytacją. Zniszczona została szkoła. Tylko w naszej gminie, gdzie nie toczyły się ciężkie walki znaleziono około 30 zamordowanych przez Niemców cywilów.

Dalszy ciąg wojennych wspomnień za tydzień.

 


Nie jest jasne, dlaczego akurat nasza rodzina dostała wtedy ziemie – przecież chętnych było bardzo wielu a gruntu do rozparcelowania mało. Ojciec wyliczając, kto i za jakie zasługi dostawał wtedy ziemie powiedział, że tego kawałka nikt nie chciał. Jednak z materiałów archiwalnych wynika, że w pierwszej połowie XIX w. nasza rodzina prawdopodobnie posiadała inne gospodarstwo w tej parafii (był to zabór rosyjski, którego granica znajdowała się miedzy Kaliszem a Ostrowem), które utraciła mniej więcej w czasie Powstania Styczniowego. Jeśli utrata gospodarstwa wiązała się z tym powstaniem, to był to dobry powód uzasadniający przydział ziemi.